Przykłady kuracji odchudzających, cz.1: Barbara

salad-374173_960_720

Pacjentki, z którymi miałem do czynienia można podzielić na kilka typów. Myślę, że opisane poniżej przypadki pani Barbary oraz pani Krysi są typowe pod wieloma względami, a więc warte dokładniejszego przyjrzenia się. Może i Czytelniczki rozpoznają w nich, po części także siebie?

BARBARA – osoba która odchudzała się i odchudza wielokrotnie, co jakiś czas ponawiając próby. Za KAŻDYM RAZEM udaje się jej schudnąć prawie dwadzieścia kilo, cóż z tego – jeśli wkrótce następuje szybki przyrost wagi i powrót do sytuacji wyjściowej, a nawet nieco powyżej! Barbara jest inteligentną, bardzo ładną kobietą, ma trudną odpowiedzialną pracę, choć grono jej przyjaciół i znajomych jest niewielkie. Zazwyczaj przebywa w towarzystwie kobiet, choć może lepiej powiedzieć: wyłącznie w damskim otoczeniu. Działa bowiem bardzo aktywnie w dwóch organizacjach, walczących o równouprawnienie ekonomiczne i polityczne kobiet. O mężczyznach myśli, niestety nie najlepiej, postrzegając ich jako skończonych egoistów, jako przedstawicieli
niższego, samolubnego lecz także niebezpiecznego gatunku.

Gdy ma wskazać przykłady, nie szuka daleko: są to ojciec i bracia, których interesuje przede wszystkim alkohol i kobiety. Gdy trafiła do mojej Kliniki rozpoczęliśmy od diety opiewającej na tysiąc kalorii dziennie. Otrzymała wskazówki i przepisy dietetyczne na tę ilość kalorii właśnie i od początku spadek wagi był wyraźny i harmonijny. Odbywał się zupełnie bez żadnych problemów. W czasie kolejnych wizyt lekarskich każdorazowo stwierdzałem spadek wagi Barbary, wynoszący w tygodniu przeciętnie dwa kilogramy. Była zdecydowana, o mocnym charakterze, twarda i z pewnością zjadała dziennie produktów o wartości poniżej tysiąca kalorii, nie fałszując statystyki spożycia, nie oszukując ani siebie, ani lekarza.

W trakcie rozmów poznawałem moją pacjentkę. Okazało się, że zawsze postrzegała siebie jako kogoś nieco odmiennego od otoczenia, różniącego się od swoich rówieśniczek. JEJ STOSUNEK DO JEDZENIA? Z jednej strony lubiła sobie podjeść, lecz z drugiej była przeciwna wszelkiej „rozpuście jedzeniowej”, przeciw obżarstwu, luksusowym ucztom. Nie znajdowała przyjemności w jedzeniu. Jedzenie było rodzajem „działania na przekór”. Wbrew samej sobie i na przekór otoczeniu. Nie umiała sprecyzować jednak co chciała w ten sposób osiągnąć, ani jaki był świadomy cel tego samobiczowania. Gdy rozpoczęliśmy kurację, w miarę upływu czasu i wraz ze stopniowym spadkiem wagi Barbara czuła się coraz lepiej, stając się coraz bardziej harmonijną osobowością. Przestała traktować siebie jako wroga, jako kogoś obcego. „Odkryła”, że tak naprawdę jest w stanie jeść dużo mniej i traktować to jako rzecz normalną. Ku własnemu miłemu zaskoczeniu spostrzegła, że jej potencjalne możliwości w życiu zawodowym są właściwie jeszcze większe i mogą być źródłem znacznie większych satysfakcji.

Podczas wspólnych rozmów, gdy prosiłem aby zanalizowała swoje poprzednie i dzisiejsze postępowanie, przyznała otwarcie, że w gruncie rzeczy jedzenie ciastek i słodyczy zawsze wiązało się z uczuciem ogólnego, totalnego poddania się na wszystkich frontach: osobistym, zawodowym, rodzinnym. Jej ówczesny tryb życia sprowadzał się do rezygnacji z wielu radości i wyglądał jak mara ze złego snu: po powrocie z pracy, wypluta z wszelkiej energii, leżała w pozycji horyzontalnej na kanapie przed telewizorem, samotna, pozbawiona radości płynącej z uprawiania seksu. Wtedy myślała o kompensacji, sięgając po jeszcze jedno ciastko leżące w zasięgu ręki…

Kuracja Barbary postępowała i wydawało się, że wszystko może się skończyć sukcesem. Barbara zmieniła się pod każdym względem, promieniała radością życia, wydawała się osobą niezwykle pewną siebie, tryskała wewnętrznym zadowoleniem i harmonią. Nagle… znikła. Przestała przychodzić na spotkania naszej grupy „odchudzaczy”, zrezygnowała z indywidualnych wizyt lekarskich. Zadzwoniłem do niej. Była oszczędna w słowach. Jako przyczynę absencji podała jakieś standardowe wymówki: brak czasu, okresowe spiętrzenie dodatkowych zajęć. Wreszcie wykrztusiła najważniejsze: to wszystko nie ma sensu, właściwie niech będzie tak jak dawniej… I odłożyła słuchawkę.

Nie zrażony przebiegiem rozmowy napisałem do Barbary list, prosząc o krótkie spotkanie. Czekałem bez większych nadziei, ale Barbara, o dziwo przyszła. Niemal z chwilą otworzenia drzwi, zaczęła od progu krzyczeć „nienawidzę ich, nienawidzę! Kogo-zapytałem.-Wszystkich mężczyzn – brzmiała odpowiedź, a właściwie krzyk. „Mają w głowie zawsze tylko jedno: seks. Chcą nas wykorzystać, a potem rzucają jak zużytą zabawkę…”

Nie bacząc na fakt, że byłem przedstawicielem znienawidzonego gatunku, starałem się na drodze perswazji słownej, trochę Barbarę uspokoić. Powoli, krok po kroku, zyskiwałem zaufanie. Aż nagle argumenty wypowiadane przez mężczyznę, zaczął dyskontować lekarz. Barbara uspokoiła się, aż była w stanie opowiedzieć całą historię. Opowieść o klęsce pewnej kuracji, zastąpiła historia nieudanego życia. Otóż mimo dojrzałego wieku, właściwie przez całe życie nikogo znaczącego jeszcze nie spotkała. Dopóki żyła jej matka Barbara na okrągło słyszała ostrzeżenia: mężczyźni są nienasyceni jeśli chodzi o seks. Nikomu nie wolno wierzyć, trzeba trzymać dystans. Nie powinno się z nimi w ogóle rozmawiać na te tematy, nigdy nie dopuszczać do zbliżenia, do zniwelowania dystansu. Inaczej przepadłaś”…

Matka wpajała Barbarze takie i podobne sądy tak metodycznie i z taką siłą przekonywania, że sama myśl o stosunku z przedstawicielem płci przeciwnej napawała ją zgrozą, wstrętem, obawą. Nie było to natomiast żadną przeszkodą, ani nie przeciwdziałało snom i marzeniom seksualnym, połączonym z coraz częstszymi chwilami autosatysfakcji. Wielokrotnie powtarzane ostrzeżenia przed zbliżeniem z mężczyznami wyrobiły w niej wrogi, pełen nienawiści, a nawet nieskrywanej agresywności stosunek do mężczyzn.

Ubocznym zjawiskiem było systematyczne przybieranie na wadze. Jedzenie jako sposób zabijania wolnego czasu, jako antidotum na wszystko, a poza tym żeby nikt jej nie zaczepiał, żeby jej wygląd działał odstraszająco, był tarczą i parawanem przed jakimikolwiek próbami zbliżenia.

Z drugiej strony pani Barbara była bardzo ładną dziewczyną, o miłych rysach twarzy, ujmującej powierzchowności. Kiedy tylko traciła choć parę kilogramów z monstrualnej wagi, efekty były widoczne. Okazało się że jest postrzegana jako osoba atrakcyjna, co natychmiast zauważało wielu mężczyzn. To właśnie wtedy otrzymywała mnóstwo propozycji, ale przy próbach zbliżenia, wpojona przez matkę przez wiele lat blokada uruchamiała mechanizm blokujący. Pani Basia błyskawicznie przerywała znajomość, o kontynuowaniu więzi intymnej nie było mowy… Sfrustrowana i rozczarowana do rozwoju sytuacji, ze zdwojoną zajadłością rzucała się na jedzenie…

W trakcie następnych spotkań spokojnie próbowałem pacjentce wyjaśnić, że nadwaga a seks, to wcale nie taka prosta i bezpośrednio zależna relacja, że mają ze sobą wiele wspólnego, ale nie aż tak wiele wspólnego, jak by o tym świadczyły jej osobiste doświadczenia. Co więcej, próbowałem ją przekonać, cytując wyniki własnych badań, że kobiety otyłe, okrągłe są przedmiotem większego pożądania niż kobiety nadmiernie szczupłe (badania takie przeprowadziłem już w latach 60.; około 70 proc. losowo wybranych i anonimowych mężczyzn preferowało kobiety zdecydowanie korpulentne). Okrągłe kształty, zażywna sylwetka traktowane były jako ważny element kobiecości.

Także stopniowo, ostrożnie i spokojnie wyjaśniliśmy sobie dlaczego i z jakich prawdziwych pobudek, czy powodów rodzicielka pani Basi nienawidziła mężczyzn. Wszystko to sprawiło, że pani Basia w końcu odwiedziła ginekologa, a nawet zasięgnęła krótkiej porady psychologa. Uczęszczała cały czas na spotkania do klubu odchudzających się, tak że udało się jej uzyskać optymalną wagę. Wszystko to sprawiło, że jednocześnie promieniowała samozadowoleniem, wewnętrzną harmonią, pozytywnym stosunkiem do życia. W końcu, na którymś ze spotkań oświadczyła z dumą, że spotkała kogoś, kto jej się bardzo podoba, że przełamała wobec niego opory i że jest teraz szczęśliwa. Zażartowałem, że wkrótce pewnie posypią się dzieci.

Po kilkumiesięcznej przerwie pani Basia przyszła do mnie na wizytę, w dalszym stopniu szczupła, ale również promieniująca zadowoleniem i wiarą w siebie, oświadczając że właśnie wyszła za mąż i spodziewa się powiększenia rodziny.